Życie surfera

Opuszczamy piękną, opaloną, zrelaksowaną, trochę pijaną i surfującą plażę Mirissa.

Wyjeżdżamy kilka godzin przed planem, bo zostałyśmy wyrzucone z hotelu. Wieczorem poszłyśmy zapłacić za pokój, żeby z rana wyruszyć bez problemów i dowiedziałyśmy się, że mamy zapłacić wiecej niż było uzgodnione. Ponieważ była z nami Kanadyjka, która ewidentne przyzwyczajona jest do innych standardów obsługi klienta, musiałyśmy sie natychmiast spakować. Zabawne było to, że właściciel wyzywał nas od backpackersów i uważał to za straszną obelgę. Z poczuciem „hej przygodo” wyruszyłyśmy z plecakami do baru naszych nowych kolegów surferów, bo „Surfers gonna save us”. Uratowali. Dostałyśmy po grilowanej rybie, szklance whisky i propozycję noclegu za jedyne 1000 rupii na głowę (25 zł). Okazało sie też, że przez miasteczko całą noc przejeżdżają nocne autobusy, prosto do Kolombo. Z tego ostatecznie rozwiązania skorzystałyśmy. Z poczuciem mnogości możliwości zajęłyśmy się relacjami towarzyskimi.

Ostatnia noc była istnie szampańska. Jak w sumie cały pobyt w Mirissa. Przyjechałyśmy tam specjalnie, żeby obejrzeć wieloryby, których podobno jest tu największe skupisko na świecie. Faktycznie widzieliśmy ze 20.
Poprzedniego dnia próbowałam jeszcze uczyć sie dalej surfować, ale na tej plaży fale były dużo silniejsze więc nie zrobiłam dużych postępów, ale fajnie było spędzić czas z surferami dryfując na deskach w tej gorącej wodzie. Najfajniejszy moment to kiedy wyszliśmy z wody Chameero, mój nauczyciel, zapytał czy chce pić. Zaprowadził mnie do gaju palmowego, sprytnie wspiął sie na sam szczyt palmy, strącił kilka orzechów, rozłupał o kamień zieloną skorupę i podał mi do picia. Byłam oczarowana. Lokalni Surferzy na tej plaży są wyjątkowo wystylizowani i robią wrażenie. Umówiliśmy się na kolejny dzień na surfowanie na innej plaży, ale kiedy przyszłam jak zwykle do baru okazało sie, ze Chameero robi sobie właśnie na spontanie tatuaż. Samej mi się nie chciało więc przełożyliśmy surfing na przyszły rok. Bardzo chce się nauczyć. Mam cel i pewnie kolejne wakacje będą zaplanowane wokół nowego hobby.

Tymczasem autobus wspina się wśród herbacianych upraw. Jedziemy na Adam’S Peak. Opowiem jak zobaczę.

Ps.
Moja leniwa rozmowa z Eli (ta nasza Kanadyjka):
Ja: Jak myślisz Eli, czy tacy surferzy żyjący na plaży mają jakieś problemy?
Eli: Chyba tylko choroby przenoszone drogą płciową 🙂

20130124-162159.jpg

20130124-163216.jpg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s